Przejdź do głównej zawartości

Posty

Imię róży

Czymże jest nazwa? To co zwiemy różą pod inną nazwą również by pachniało. Tak w sztuce Szekspira Julia Kapulet przytomnie zauważa, że przyjmowane przez ludzi nazewnictwo może być w gruncie rzeczy kompletnie bez znaczenia. Dla niektórych jednak róża pod inną nazwą potrafi pachnieć już zupełnie inaczej. A czasem nawet i cuchnąć. Nie tak dawno głośno zrobiło się o sprawie 39-letniego Szweda Davida Linda, któremu rodzimy urząd stanu cywilnego odmówił zmiany imienia na Tottenham. Rozgoryczenie Szweda było tym większe, że kilka innych osób dostało wcześniej zgodę na używanie imienia Arsenal – na cześć innego londyńskiego klubu piłkarskiego. Poinformowano mnie – opowiadał Lind – że Tottenham nie ma nic wspólnego ze szwedzką kulturą i językiem, więc nie może być imieniem. A przecież w Szwecji jest wielu ludzi, którzy nazywają się dziwnie. Ktoś ma nawet na imię “Ziemniak”. Wygląda na to, że urzędnicy kibicują po prostu odwiecznemu rywalowi mojego klubu. Jak zakończyła się ta sprawa tego osta...

Kto się boi zielonego listka?

Egzaminem dojrzałości zwykliśmy w naszym kraju nazywać maturę. Ale wraz z wkroczeniem w dorosłość wielu młodych ludzi przystępuje jeszcze do innego, niemniej trudnego egzaminu. W sumie to nawet o wiele trudniejszego. W końcu zdanie matury za pierwszym razem nie jest uznawane za jakieś specjalne osiągnięcie. A zdanie egzaminu na prawo jazdy już tak. Aby tryumfalnie wyjechać z ośrodka WORD z pozytywnym wynikiem trzeba się wiele napocić. 30 godzin kursu teoretycznego w ośrodku szkolenia kierowców i 30 godzin jazd po ulicach. Pomyślenie zdany egzamin teoretyczny (minimum 68 punktów na 74 możliwych) i dobrze przejechany egzamin praktyczny. Wcześniej jeszcze obowiązkowe badanie lekarskie i wyrobienie profilu kandydata na kierowcę w wydziale komunikacji. I jeszcze do tego towarzyszące wszystkiemu srogie opłaty. Łącznie za zdobycie prawka w optymistycznym wariancie przyjdzie nam wyłożyć jakieś 2 tysiące złotych. A jeśli wiele razy będziemy powtarzać egzamin to więcej, bo za każde kolejne pode...

Honor wśród złodziei

Ludzie mają różne marzenia. Niektórzy chcieliby być sobą (wreszcie), niektórzy zrobić kiedyś 6 zer (bardzo proszę), a niektórzy być marynarzem (i mieć tatuaże). Dwie pierwsze rzeczy nie są może specjalnie łatwe do spełnienia, ale już taki marynarz – nie ma problemu. Możemy nawet od razu przeskoczyć o poziom wyżej i wcielić się w „marynarza na sterydach” – czyli pirata. By to zrobić wcale nie trzeba wyrabiać patentu sternika, szkolić się w szermierce ani piciu rumu. Nie trzeba też kupować sobie haka i papugi. Wystarczy jedynie nielegalnie pobrać parę plików z Internetu. Jak widać nie jest to trudne, bo według ostatnich szacunków mamy u nas w Polsce blisko 12 milionów takich śmiałków.  (fot. visualizepicture.com) Piractwo komputerowe – bo o nim dziś mowa – to zjawisko, którego skala (pomimo nieznacznych spadków w ostatnich latach) wciąż przytłacza. Piraci się dziś już nie tylko muzykę, filmy, czy gry komputerowe, ale i nawet prace akademickie. 46% używanego w naszym kraju op...

Wyborczy poradnik konsumenta

O czym najczęściej myślimy idąc na wybory? Zapewne o tym co zmieni się jeśli zamiast tej partii wybiorę tamtą druga. I czy mój głos w ogóle cokolwiek zmieni. Co jednak gdybyśmy zamiast - jak to mamy w zwyczaju - zastanawiać się NA KOGO głosować, pochylili się przez chwilę nad tym JAK głosujemy. W praktyce to nic trudnego. W takich wyborach do Sejmu stawiamy tylko na liście partyjnej jeden krzyżyk przy nazwisku odpowiadającego nam kandydata. I już, gotowe - obywatelski obowiązek spełniony. Łatwe? Oczywiste? Być może. Ale można to też ująć w inny sposób. Tak naprawdę właśnie zagłosowaliśmy według proporcjonalnej ordynacji wyborczej, a nasze głosy będą przeliczane metodą d’Hondta. Ten sam prosty krzyżyk na karcie do głosowania mógłby być rozpatrywany zupełnie inaczej gdybyśmy tylko zastosowali inny system wyborczy. Na przykład większościowy, taki jak w wyborach do Senatu. O co w tym wszystkim chodzi, co taka ordynacja wyborcza zmienia w praktyce i dlaczego niektórzy tak dużo mówią tu o J...

Niebo wali nam się na głowy - czyli ostrzeżenia troskliwego Alertu

Jeżeli kiedyś w życiu by mi się nie poszczęściło i musiałbym zarabiać na chleb jako jasnowidz to moim pierwszym stwierdzeniem obok „pokaż mi swój dowód, a powiem Ci jak się nazywasz” byłoby „wiem od kogo niedawno dostałeś SMS-a”. I wbrew pozorom wcale nie musiałbym zaglądać wcześniej nikomu w telefon. Tak się po prostu składa, że w książce adresowej każdego Polaka jest taki jeden wspólny nadawca, który regularnie wysyła nam wszystkim wiadomości. Mowa oczywiście o tajemniczym „Alercie RCB”.  (rys. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa) Jeśli niektórzy z Was zastanawiali się kiedyś kim jest ten gagatek, czego od Was chce, a przede wszystkim skąd ma Wasz numer to uspokajam: to tylko Rządowe Centrum Bezpieczeństwa. Tak właśnie rozwija się bowiem zagadkowy skrót RCB, a słynne alerty to nic innego jak nowy system SMS-owego powiadamiania ludności o zagrożeniach. Większości z nas kojarzy się on przede wszystkim z ostrzeżeniami pogodowymi o bardzo silnym wietrze, jednak troskliwy alert ...

Pstryknięcia pod specjalnym nadzorem

Miałem ostatnio okazję zabawić przez chwilę w zimowej stolicy Polski. Tak przynajmniej niektórzy o niej mówią. Ponieważ nie była to jednak najwyraźniej odpowiedna pora roku Zakopane w niczym nie przypominało niestety szykownej metropolii, a raczej nosiło znamiona tandety i taniego kiczu. Chociaż, „tani” to chyba akurat nienajlepsze słowo, jakiego można użyć w kontekście naszej perły Podhala. Całe szczęście, że za robienie zdjęć nie trzeba tam jeszcze płacić. A przecież spokojnie by można i nie jest to wcale tak absurdalne jak mogłoby się wydawać. Bo wizerunek miejsca też przecież ma jakąś wartość. I chronią go prawa autorskie. Na przykład we Francji, aby publicznie pochwalić się fotografią podświetlonej nocą wieży Eiffla trzeba uzyskać specjalne płatne zezwolenie. Inaczej rozpowszechnianie takiego zdjęcia będzie nielegalne. W Polsce z kolei coś takiego nam nie grozi i swoje fotki spod Wielkiej Krokwi i Krupówek możecie publikować i udostępniać do woli. Nie jest to jednak wbrew pozorom...

Uśmiech w czarnym lustrze

Mona Lisa. Słynne płótno Leonarda da Vinci w paryskim Luwrze. Wielu jest takich, którzy próbują zgłębić tajemnicę tego najbardziej zagadkowego portretu w dziejach świata. Jedni piszą na jego temat książki. Drudzy dzielnie snują teorie spiskowe. A jeszcze inni postanowili go po prostu … ożywić. Być może słyszeliście już o dokonaniu programistów Samsunga, którzy za pomocą specjalnie opracowanej technologii dosłownie wprawili w ruch Monę Lisę. Zresztą nie tylko ją. Wyjątkowy algorytm wykorzystujący uczenie maszynowe może już teraz stworzyć animację twarzy praktycznie każdej osoby na podstawie zaledwie jednego zdjęcia lub obrazu. Sztuczna inteligencja analizując tysiące nagrań prawdziwych osób i nakładając na nie specjalne znaczniki jest w stanie przenieść ich ruch na postać, którą chcemy ożywić. W ten sposób wygenerowano już płynne i realistyczne animacje twarzy miedzy innymi Alberta Einsteina, Marilyn Monroe, Salvadora Dalego, czy właśnie Mony Lisy. Rys: Egor Zakharov  ...