Przejdź do głównej zawartości

Wyborczy poradnik konsumenta

O czym najczęściej myślimy idąc na wybory? Zapewne o tym co zmieni się jeśli zamiast tej partii wybiorę tamtą druga. I czy mój głos w ogóle cokolwiek zmieni. Co jednak gdybyśmy zamiast - jak to mamy w zwyczaju - zastanawiać się NA KOGO głosować, pochylili się przez chwilę nad tym JAK głosujemy. W praktyce to nic trudnego. W takich wyborach do Sejmu stawiamy tylko na liście partyjnej jeden krzyżyk przy nazwisku odpowiadającego nam kandydata. I już, gotowe - obywatelski obowiązek spełniony. Łatwe? Oczywiste? Być może. Ale można to też ująć w inny sposób. Tak naprawdę właśnie zagłosowaliśmy według proporcjonalnej ordynacji wyborczej, a nasze głosy będą przeliczane metodą d’Hondta. Ten sam prosty krzyżyk na karcie do głosowania mógłby być rozpatrywany zupełnie inaczej gdybyśmy tylko zastosowali inny system wyborczy. Na przykład większościowy, taki jak w wyborach do Senatu. O co w tym wszystkim chodzi, co taka ordynacja wyborcza zmienia w praktyce i dlaczego niektórzy tak dużo mówią tu o JOWach? Zapraszam na mały poradnik konsumenta. Tyle, że zamiast na zakupy po najświeższą marchew my wyruszymy dziś w poszukiwania najlepszego systemu wyborczego. A przynajmniej spróbujemy taki znaleźć.

(fot. Shutterstock)

Zacznijmy od tego co chyba w największej mierze różnicuje obie ordynacje i przy okazji wyjaśnia tajemniczy skrót JOW. Czyli od okręgów wyborczych. Są to po prostu jednostki podziału terytorialnego, swoiste „województwa”, tworzone na potrzeby przeprowadzenia wyborów. Obecnie takich okręgów w polskich wyborach do sejmu jest 41. W ordynacji proporcjonalnej mamy do czynienia z głosowaniem opartym na wielomandatowych okręgach wyborczych, a więc z każdego okręgu jest do uzyskania po kilka mandatów. Z kolei w systemie większościowym okręgi z reguły są jednomandatowe (JOW-y to właśnie po prostu jednomandatowe okręgi wyborcze) czyli w każdym okręgu jest tylko jeden szczęśliwiec, który całą pulę - a więc jeden jedyny mandat - zgarnia dla siebie. Zanim zastanowimy się co to właściwie zmienia, przeanalizujmy jednak na razie cechy naszego pierwszego „produktu”, a więc zobaczmy jak działa proporcjonalna ordynacja i jej wielomandatowość. Tutaj z danego okręgu (w zależności od wielkości jego populacji) wybiera się od 7 do 20 posłów. Ważne jest to, że oddając głos według ordynacji proporcjonalnej tak naprawdę w pierwszej kolejności nie tyle wspieramy kandydata przy którym postawiliśmy krzyżyk, ale partię z listy której startował. Nasz głos oczywiście wędruje na personalne konto naszego faworyta, co ostatecznie może pomóc mu uzyskać mandat, jednak dopiero pod warunkiem, że sukces odniesie cały jego komitet. Ugrupowanie naszego kandydata najpierw musi przekroczyć próg wyborczy (5% dla partii i 8% dla koalicji), dopiero później cała pula zdobytych przez nie głosów jest przeliczana na mandaty, a te następnie są rozdzielane wśród poszczególnych kandydatów z najwyższym poparciem na okręgowych listach. A to często oznacza sytuacje w których powodzenie danego kandydata jest bardzo mocno uzależnione od wyniku partii, którą reprezentuje. Ktoś kto indywidualnie uzyskał bardzo dużo głosów, ale jego partia nie przekroczyła progu wyborczego, może zapomnieć o wejściu do Sejmu. Może się tu również zdarzyć taka hipotetyczna sytuacja: w okręgu X partia uzyskuje znacznie gorszy wynik niż w okręgu Y. Kandydat pan Paweł z okręgu X nie dostaje mandatu mimo, że personalnie zdobył on więcej głosów niż jego partyjny kolega Sławek z okręgu Y. Pan Sławek swoje miejsce w sejmie zawdzięcza jednak tzw. lokomotywie wyborczej, czyli popularnemu i znanemu politykowi, gromadzącemu bardzo dużą liczbę głosów i zwiększającemu pule mandatów dla partii w okręgu. Taka lokomotywa wyborcza łatwo może stać się koniem pociągowym zdolnym „wciągnąć” do parlamentu innych kandydatów z relatywnie niskim poparciem. Wystarczy tylko znaleźć się na liście, gdzie w okręgu przoduje lubiane i modne nazwisko i szanse na wejście w poselskie ławy znacznie rosną. Do tego dochodzi jeszcze inna ważna rzecz czyli tzw. „jedynki”. „Jedynka” to nic innego jak po prostu pierwsza pozycja na liście partyjnej. W teorii nie gwarantuje ona niczego, jednak w praktyce jest niczym pole position z Formuły 1 i daje kandydatowi ogromną przewagę nad innymi kolegami z partii. Wszystko dlatego, że wyborcy nie znając nazwisk polityków bardzo często instynktownie zakreślają po prostu pierwszą osobę na liście, w przekonaniu, że to ten najlepszy wybór, bo ów kandydat zapewne jest tym najbardziej sugerowanym i wspieranym przez swoje ugrupowanie. Miejsce na liście ma więc koniec końców ogromne znaczenie, bo jeśli już nasz komitet wejdzie do Sejmu to osoba z „jedynką” będzie mieć dzięki niej swojego rodzaju „priorytet do mandatu”, mając prawdopodobnie najwięcej głosów ze swojej okręgowej listy partyjnej. Jakie z tego wnioski? Ano takie, że do cech produktu zwanego proporcjonalną ordynacją wyborcza na pewno możemy zaliczyć silną zależność kandydata od partii. Między innymi dlatego tak często wypominane są mu upartyjnienie i tzw. partiokracja. Tu sukces w wyborach prędzej osiągną ci, którzy potrafią współpracować i ułożyć sobie życie z politycznymi kierownictwem. Samotne wilki i kandydaci niezależni nie mają raczej czego szukać.

(rys. Pixabay)

No dobrze, a o co chodzi z wspomnianą na początku, groźnie brzmiącą, zagadkową metodą d’Hondta. Wbrew pozorom nie jest to żadna przekręcona nazwa japońskiego samochodu, a po prostu jeden z kilku istniejących matematycznych sposobów przeliczania głosów na mandaty. Używa się go między innymi w Hiszpanii, Holandii, Grecji, Czechach, czy Austrii, a także właśnie w polskich wyborach do sejmu. Jej nazwa pochodzi od nazwiska belgijskiego matematyka Victora d'Hondta. I faktycznie trochę matematyki i rachunków tu będzie, bo mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju wzorem, polegający na znalezieniu największych, kolejno po sobie następujących ilorazów liczby uzyskanych głosów. Robi się to dzieląc uprzednio liczbę głosów przypadających każdemu komitetowi przez kolejne liczby naturalne, a następnie z tak obliczonych ilorazów dla wszystkich komitetów, wybieranych jest tyle najwyższych, ile jest mandatów do obsadzenia. Czyli w praktyce jeśli w jakiś okręgu mamy 10 mandatów do rozdysponowania między 4 komitety wyborcze (załóżmy, że tylko tyle przekroczyło próg) to dzielimy ich głosy kolejno przez 1,2,3,4 itd. Mandaty dostają Ci którzy uzyskali 10 największych wyników dzielenia. Formuła d’Hondta na tle innych metod przeliczania głosów na mandaty wyróżnia się tym, że faworyzuje najsilniejsze ugrupowania kosztem tych słabszych. Czyli takie biblijne: "Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma". I trochę tak tu jest, bo Ci którzy zdobyli najwięcej głosów w wyborach, dzięki metodzie d’Hondta będą mieć w parlamencie jeszcze więcej miejsc niż proporcjonalnie na to „zasłużyli”. A więc następuje tu swoista nadreprezentacja najsilniejszych partii. Inaczej mogłoby być gdybyśmy dzielili mandaty według innej formuły - na przykład Sainte–Laguë , która niczym Robin Hood „okrada” trochę większe partie, dając z kolei większe szanse mniejszym ugrupowaniom. Jednak tej metody już u nas nie stosujemy.

(rys. wybory.gov)

Brzmi skomplikowanie? Cóż, jeżeli ktoś nie lubi rachunków zawsze zostaje jeszcze alternatywa w postaci ordynacji większościowej i JOW-ów. Ten „produkt’ zdecydowanie stawia na prostotę i przejrzystość. Stosowany w polskich wyborach do senatu system większościowy polega zwyczajnie na twardej, odwiecznej zasadzie – „zwycięzca bierze wszystko”. W naszych wyborach do senatu 100 miejsc w parlamencie odpowiada więc po prostu 100 jednomandatowym okręgom wyborczym. Jeden okręg to jeden mandat, a do walki o niego każda partia ma prawo wystawić tylko po jednym swoim kandydacie. Polityk, który zdobędzie najwięcej głosów w swoim okręgu, (a więc uzyska po prostu tak zwana większość względną) wygrywa i mandat jest jego. W takiej sytuacji, w przeciwieństwie do systemu proporcjonalnego rzeczywiście głosujemy już na konkretnego człowieka i mamy bardziej bezpośredni wpływ na to kto będzie nas reprezentował w parlamencie. Mimo, że kandydaci w większości są tu również delegowani przez partie to jednak w wyborach wszyscy występują jako pojedyncze osoby. Według zwolenników tego systemu umożliwia on więc ocenianie indywidualnych kandydatów i wybór pomiędzy ludźmi, a nie komitetami, zmniejszając tym samym zależność kandydata od partii i tworząc większe szanse działaczom niezależnym. Polityk z założenia jest tu bliżej elektoratu (choć zależy to też od wielkości okręgu) i sam jest kowalem własnego losu. Nie ma potrzeby oglądać się ani na progi wyborcze, ani na „jedynki” na listach, nikogo nie pociągnie też w górę żadna lokomotywa wyborcza. No i super, ale na pewno jest tu tez jakiś haczyk. I rzeczywiście. Bo JOW-y oprócz tego, że faktycznie są choćby w stanie zapewnić bardziej „podmiotowe” głosowanie, to niosą one ze sobą także ogromną ilość tzw. głosów straconych. Z racji tego, że zwycięzca zgarnia tu wszystko, Ci którzy oddali swój głos na kandydata, który nie wygrał zostają bez żadnej swojej politycznej reprezentacji, a ich głosy w cudzysłowie „przepadają”. Jeśli tryumfujący z danym okręgu kandydat uzyskał 40% poparcia, to tylko 40% osób zyska swojego przedstawiciela w parlamencie. Pozostali zostają z niczym. System większościowy jest więc mało reprezentatywny i słabo odzwierciedla faktyczny układ głosów. Prowadzi to często do niższej frekwencji wyborczej, z uwagi na przekonanie, że głos niewiele znaczy. Ponad to w praktyce, aby głos „nie poszedł na marne” wyborcy bardzo rzadko wspierają niszowych kandydatów ze słabymi szansami na wygraną, zamiast tego decydując się na poparcie bezpiecznej „mainstreamowej” opcji. Pokutuje tu trochę myślenie: po co głosować na fajnego, ale mało znanego pana Mietka, skoro i tak nie wygra? Model w którym zwycięzca może być tylko jeden premiuje więc większe i silniejsze ugrupowania, niemal nie zostawiając mniejszym partiom szans na wejście do parlamentu. A stąd już prosta droga do wytworzenia się w polityce systemu dwupartyjnego, lub dwublokowego, gdzie liczą się tylko dwie najbardziej wiodące siły polityczne. Takiej sytuacji nie będzie z kolei sprzyjać ordynacja proporcjonalna, która bardzo wiernie przekłada poparcie społeczne na liczbę mandatów w parlamencie. Rzecz jasna tam też mamy do czynienia z głosami straconymi (na co wpływ ma wysokość progu wyborczego i wybrana metoda dzielenia mandatów). Jednak ich skala jest nieporównywalnie mniejsza. System proporcjonalny daje po prostu większe szanse w wyborach małym i średnim partiom. Inna sprawa, że może to doprowadzić do znacznego rozdrobnienia politycznego w parlamencie, co w konsekwencji utrudnia wyłonienie rządu, wymusza tworzenie koalicji i może powodować destabilizację polityczną i konflikty. Weźmy na przykład taki przypadek. Pierwsze w Polsce całkowicie wolne wybory do Sejmu w 1991 roku były przeprowadzone według ordynacji proporcjonalnej, dodatkowo bez wprowadzenia jakiegokolwiek progu wyborczego. W efekcie praktycznie idealnie oddały one wolę głosujących. Zaowocowało to jednak 29 partiami w sejmie, trudnością z powołaniem rządu i ogromnym chaosem w poselskich ławach. Na tym tle system większościowy i JOW-y ze swoimi dwiema mocno oddzielonymi opcjami politycznymi jawią się jako rozwiązanie zapewniające większą stabilność władzy. Chociaż paradoksalnie i tu często będziemy mieć do czynienia z różnego rodzaju wymuszonymi koalicjami tworzonymi na potrzebę chwili. Tyle, że zamiast PO będą się one formować jeszcze PRZED wyborami. Czyli znowu tak źle i tak niedobrze.

(fot. Mikołaj Kuras/Agencja Gazeta)

Podobno życie to sztuka wyboru. I ciężko, by było inaczej skoro nawet wytypowanie najlepszego sposobu przeprowadzania głosowania wcale nie jest łatwiejsze niż wybór posła czy senatora. Jak na wyborczy poradnik konsumenta przystało mam jednak pewną radę. Bo z tymi ordynacjami jest trochę tak jak ze starą rynkową zasadą: „Oferujemy trzy rodzaje usług: dobrze, szybko i tanio. Dobrze i tanio - nie będzie szybko. Dobrze i szybko - nie będzie tanio. Szybko i tanio - nie będzie dobrze.” Z systemami wyborczymi jest tak samo. Wszystkiego nigdy mieć nie będziemy. A na coś zdecydować się trzeba. Byleby tylko nie był to wybór mniejszego zła. Trudne to wszystko. Póki co pewne jest wyłącznie jedno. Jeżeli kiedyś spotkacie kogoś kto cieszy się z jedynki - to musi być polityk.

Łukasz Trzaska
Stowarzyszenie Demokracja w Praktyce

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tytuł za jeden uśmiech

Nie wiem, czy zauważyliście ale w naszym kraju cierpimy na niezwykłą, irracjonalną wręcz tytułomanię. Wprost uwielbiamy zwracać się do innych: panie kierowniku, prezesie, trenerze, redaktorze, ministrze, eminencjo, doktorze, czy profesorze w końcu. Tytuł przecież być musi, bo to podstawa porządku społecznego. U nas nie ma człowieka – jest tytuł, funkcja, stopień. Jaki tam pan Marek? To przecież nasz pan dyrektor jest. I tak dalej i dalej. Tyle, że niektórzy w tej swojej tytułologii zaszli już chyba jednak zbyt daleko. W jednej z szczecińskich szkół statut obowiązkowo nakazywał - uwaga - „zwracać się do nauczyciela używając zwrotu Pan/-i Profesor” oraz „pozdrawiać ukłonem wszystkich pracowników szkoły”. Po interwencji w miejscowym kuratorium przepisy błyskawicznie zostały zmienione, jednak niesmak pozostał.
Chociaż, czy aby na pewno „niesmak”? Bo z tym „profesorowaniem” w naszych kochanych oświatowych gmachach to różnie to bywa. O ile na wyższych uczelniach nikt nie ma już raczej prob…

Niebo wali nam się na głowy - czyli ostrzeżenia troskliwego Alertu

Jeżeli kiedyś w życiu by mi się nie poszczęściło i musiałbym zarabiać na chleb jako jasnowidz to moim pierwszym stwierdzeniem obok „pokaż mi swój dowód, a powiem Ci jak się nazywasz” byłoby „wiem od kogo niedawno dostałeś SMS-a”. I wbrew pozorom wcale nie musiałbym zaglądać wcześniej nikomu w telefon. Tak się po prostu składa, że w książce adresowej każdego Polaka jest taki jeden wspólny nadawca, który regularnie wysyła nam wszystkim wiadomości. Mowa oczywiście o tajemniczym „Alercie RCB”. 

Jeśli niektórzy z Was zastanawiali się kiedyś kim jest ten gagatek, czego od Was chce, a przede wszystkim skąd ma Wasz numer to uspokajam: to tylko Rządowe Centrum Bezpieczeństwa. Tak właśnie rozwija się bowiem zagadkowy skrót RCB, a słynne alerty to nic innego jak nowy system SMS-owego powiadamiania ludności o zagrożeniach. Większości z nas kojarzy się on przede wszystkim z ostrzeżeniami pogodowymi o bardzo silnym wietrze, jednak troskliwy alert w razie potrzeby poinformuje nas również miedzy inn…

Uśmiech w czarnym lustrze

Mona Lisa. Słynne płótno Leonarda da Vinci w paryskim Luwrze. Wielu jest takich, którzy próbują zgłębić tajemnicę tego najbardziej zagadkowego portretu w dziejach świata. Jedni piszą na jego temat książki. Drudzy dzielnie snują teorie spiskowe. A jeszcze inni postanowili go po prostu … ożywić. Być może słyszeliście już o dokonaniu programistów Samsunga, którzy za pomocą specjalnie opracowanej technologii dosłownie wprawili w ruch Monę Lisę. Zresztą nie tylko ją. Wyjątkowy algorytm wykorzystujący uczenie maszynowe może już teraz stworzyć animację twarzy praktycznie każdej osoby na podstawie zaledwie jednego zdjęcia lub obrazu. Sztuczna inteligencja analizując tysiące nagrań prawdziwych osób i nakładając na nie specjalne znaczniki jest w stanie przenieść ich ruch na postać, którą chcemy ożywić. W ten sposób wygenerowano już płynne i realistyczne animacje twarzy miedzy innymi Alberta Einsteina, Marilyn Monroe, Salvadora Dalego, czy właśnie Mony Lisy.

To wszystko w oparciu o zaledwie jed…