Przejdź do głównej zawartości

Uśmiech w czarnym lustrze

Mona Lisa. Słynne płótno Leonarda da Vinci w paryskim Luwrze. Wielu jest takich, którzy próbują zgłębić tajemnicę tego najbardziej zagadkowego portretu w dziejach świata. Jedni piszą na jego temat książki. Drudzy dzielnie snują teorie spiskowe. A jeszcze inni postanowili go po prostu … ożywić. Być może słyszeliście już o dokonaniu programistów Samsunga, którzy za pomocą specjalnie opracowanej technologii dosłownie wprawili w ruch Monę Lisę. Zresztą nie tylko ją. Wyjątkowy algorytm wykorzystujący uczenie maszynowe może już teraz stworzyć animację twarzy praktycznie każdej osoby na podstawie zaledwie jednego zdjęcia lub obrazu. Sztuczna inteligencja analizując tysiące nagrań prawdziwych osób i nakładając na nie specjalne znaczniki jest w stanie przenieść ich ruch na postać, którą chcemy ożywić. W ten sposób wygenerowano już płynne i realistyczne animacje twarzy miedzy innymi Alberta Einsteina, Marilyn Monroe, Salvadora Dalego, czy właśnie Mony Lisy.

Rys: Egor Zakharov 

To wszystko w oparciu o zaledwie jeden źródłowy wizerunek danej osoby. Doprawdy imponujące osiągnięcie. Jak mówią sami przedstawiciele Samsunga „taka możliwość ma praktycznie nieograniczone zastosowanie w teleprezentacjach, wideokonferencjach, a także przemyśle efektów specjalnych.” To co wcześniej mogliśmy sobie jedynie wyobrażać już niedługo będziemy mogli na własne oczy zobaczyć w ruchu. Poczet królów polskich Jana Matejki i mrugający do nas na powitanie Kazimierz Wielki? Proszę bardzo. Wrogo marszczący na siebie brwi Mickiewicz ze Słowackim? Jak najbardziej. A może „żywy portret” naszej prababci w komunijnej sukni? Nie ma problemu. W jakże ciekawych czasach przyszło nam żyć. Tylko, że o świetlanej przyszłości i magii nowych odkryć rodem z kreskówki „Byli sobie wynalazcy” to niestety nie dziś. Deepfake (bo tak nazywa się rzecz, o której mówimy) to tak naprawdę historia żywcem wyjęta z serialu „Black Mirror". I to tych z bardziej dołujących epizodów.


Nie tak dawno głośno zrobiło się o tzw. „aplikacji do rozbierania kobiet”. Oprogramowanie nosiło nazwę „DeepNude” i według twórców miało być zdolne do cyfrowego usuwania ubrania ze zdjęć kobiet i tworzenia w ten sposób fałszywych nagich wizerunków. Całość miała działać na zasadzie algorytmu, który na podstawie bazy wzorcowych zdjęć dopasowywał odpowiedni odcień skóry i fizjonomie do twarzy pani na fotografii. Program spotkał się z ogromnym zainteresowaniem użytkowników, jednak bardzo szybko został usunięty. Sami jego autorzy w swoim oświadczeniu ogłosili, że „świat nie jest jeszcze na to gotowy”, a prawdopodobieństwo, że aplikacja będzie nadużywana jest zbyt wysokie. Dziękujemy ci kapitanie oczywistość. Szkoda, tylko że nie pomyślano o tym przed wypuszczeniem programu na rynek Trzeba jednak przyznać, że w jednym twórcy DeepNude mieli słuszność. My naprawdę nie jesteśmy na to gotowi. A już na pewno nie są gotowe przepisy. W polskim prawie próżnio szukać jakichkolwiek regulacji na ten temat. Publikacja deep fakeów z naszym udziałem może oczywiście stanowić naruszenie dóbr osobistych. Tyle że to tylko powództwo cywilne, które do wszczęcia procesu wymaga dokładnego wskazania stron. A tu może pojawić się problem z precyzyjnym określeniem pozwanego, czego wymaga art. 5 kodeksu cywilnego. Mówiąc wprost - żeby kogoś pozwać musimy przed wszystkim wiedzieć kto konkretnie wyrządził nam krzywdę. A samodzielne namierzenie osoby, która anonimowo wrzuciła film do Internetu zakrawa niemal o niemożliwość. Co prawda kwalifikacje czynu takiego jak deep fake można by też oprzeć na artykule 216 kodeksu karnego stanowiącym o znieważeniu. Jednak i to przestępstwo jest ścigane wyłącznie z oskarżenia prywatnego, a więc i tu problem z obowiązkowym wskazaniem winnego się powtarza. Oznacza to, że ofiary cyfrowych przeróbek póki co są zdane absolutnie na siebie i same musza walczyć o swoje prawa. Nawet zaproponowany niedawno w USA projekt przepisów dotyczącej deepfake’ów może nie zapewnić odpowiedniej ochrony skrzywdzonym przez  DeepNude i jemu podobne twory. Nie przewiduje on bowiem ochrony osób na nagich zdjęciach, jeśli te zdjęcia nie przedstawiają ich własnych ciał. A w sytuacji takiego fotomontażu faktycznie nie przedstawiają. Tyle, że efekt jest dokładnie identyczny, co w przypadku „normalnych zwykłych zdjęć”. Bo to czy nasze nagie zdjęcie naprawdę jest prawdziwe, czy nie - nie ma żadnego znaczenia. Stracona twarz, ośmieszenie i poniżenie w obu przypadkach są zupełnie takie same.

Fot: Mike Sington

DeepNude co prawda został usunięty, ale podobne oprogramowanie powstaje już na potęgę i co gorsza – nie ogranicza się tylko do zdjęć. W przemyśle pornograficznym deep fake jest od jakiegoś czasu używany do wstawiania do filmów twarzy znanych celebrytek, piosenkarek, czy aktorek. Spreparowane klipy z Gal Gadot, czy Scarlett Johansson w rolach głównych są ponoć tak perfekcyjne, że trudno dostrzec manipulację. Deep fake wkracza już nawet do świata polityki, gdzie powoli staje się nową bronią. Bardzo potężną bronią. Bo wyobraźcie sobie tylko, że macie możliwość przygotowania dowolnego filmu, na której dowolna osoba np. Donald Trump, lub Władimir Putin, robi dowolne rzeczy. W kwietniu ubiegłego roku w serwisie You Tube ukazało się wideo z Barackiem Obamą, na którym były amerykański prezydent - między innymi - przeklina do kamery. Całość ostatecznie okazała się fałszerstwem. Podobnie zresztą jak zmanipulowana wypowiedź właściciela Facebooka Marka Zuckerberga, który w fakeowym klipie przyznaje się do kradzieży danych miliardów osób. Już teraz testowane są programy, które mają pozwolić na żywo wygenerować wideo z osobą mówiącą dowolny wpisany wcześniej w programie tekst. Twórcy zapewniają, że pozwolą ono zmieniać filmy tak łatwo, jak dzisiaj edytujemy grafikę w Photoshopie. Wcześniej do tworzenia deep fakeów potrzeba było kilkaset zdjęć danej osoby. Dlatego też najczęściej dotyczyły one przede wszystkim celebrytów i innych ludzi szeroko obecnych w mediach. Teraz do takich fałszywych przeróbek może wystarczyć nawet jedno zdjęcie. Możliwości faktycznie są nieograniczone. Tylko w jaki sposób je wykorzystamy?


Film z Barackiem Obamą był zrobiony dla żartu i sam autor ujawniał w nim na końcu jego fałszywość oraz zachęcał do sprawdzania wiarygodności źródeł. Klip z Markiem Zuckerbergiem był wyprodukowany przez dwójkę artystów, jako artystyczna prowokacja. Jednak nie zawsze twórcami będą kierowały takie intencje. Epoka fake newsów tak naprawdę zaczyna się dopiero teraz. Ale to nawet nie nasza potencjalna wiara w manipulacje i fałszywki jest tutaj głównym zagrożeniem. Sceptycyzm będzie przecież lekarstwem, które będziemy sobie aplikować dożylnie przez 24 godziny na dobę. Prawdziwa tragedia zacznie się dopiero wówczas, gdy przedawkujemy i przestaniemy już wierzyć także w fakty. Bo przecież i one mogą być fake’ami.

Fot: Netflix

Ostatnio coraz częściej mówi się, że uśmiech Mona Lisy jest nieprawdziwy. Najnowsze badania dowodzą, że tak naprawdę mógł to być po prostu grymas bólu, bo słynna Gioconda cierpiała na chorą tarczycę. Taki to uśmiech okrutnie wykrzywiony w krzywym zwierciadle. Teraz Mona Lisa na swój sposób też się tak uśmiecha. A jej twarz odbija się w czarnym lustrze.

Łukasz Trzaska
Stowarzyszenie Demokracja w Praktyce

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tytuł za jeden uśmiech

Nie wiem, czy zauważyliście ale w naszym kraju cierpimy na niezwykłą, irracjonalną wręcz tytułomanię. Wprost uwielbiamy zwracać się do innych: panie kierowniku, prezesie, trenerze, redaktorze, ministrze, eminencjo, doktorze, czy profesorze w końcu. Tytuł przecież być musi, bo to podstawa porządku społecznego. U nas nie ma człowieka – jest tytuł, funkcja, stopień. Jaki tam pan Marek? To przecież nasz pan dyrektor jest. I tak dalej i dalej. Tyle, że niektórzy w tej swojej tytułologii zaszli już chyba jednak zbyt daleko. W jednej z szczecińskich szkół statut obowiązkowo nakazywał - uwaga - „zwracać się do nauczyciela używając zwrotu Pan/-i Profesor” oraz „pozdrawiać ukłonem wszystkich pracowników szkoły”. Po interwencji w miejscowym kuratorium przepisy błyskawicznie zostały zmienione, jednak niesmak pozostał.
Chociaż, czy aby na pewno „niesmak”? Bo z tym „profesorowaniem” w naszych kochanych oświatowych gmachach to różnie to bywa. O ile na wyższych uczelniach nikt nie ma już raczej prob…

Niebo wali nam się na głowy - czyli ostrzeżenia troskliwego Alertu

Jeżeli kiedyś w życiu by mi się nie poszczęściło i musiałbym zarabiać na chleb jako jasnowidz to moim pierwszym stwierdzeniem obok „pokaż mi swój dowód, a powiem Ci jak się nazywasz” byłoby „wiem od kogo niedawno dostałeś SMS-a”. I wbrew pozorom wcale nie musiałbym zaglądać wcześniej nikomu w telefon. Tak się po prostu składa, że w książce adresowej każdego Polaka jest taki jeden wspólny nadawca, który regularnie wysyła nam wszystkim wiadomości. Mowa oczywiście o tajemniczym „Alercie RCB”. 

Jeśli niektórzy z Was zastanawiali się kiedyś kim jest ten gagatek, czego od Was chce, a przede wszystkim skąd ma Wasz numer to uspokajam: to tylko Rządowe Centrum Bezpieczeństwa. Tak właśnie rozwija się bowiem zagadkowy skrót RCB, a słynne alerty to nic innego jak nowy system SMS-owego powiadamiania ludności o zagrożeniach. Większości z nas kojarzy się on przede wszystkim z ostrzeżeniami pogodowymi o bardzo silnym wietrze, jednak troskliwy alert w razie potrzeby poinformuje nas również miedzy inn…